Kategorie

Auto

Od uzyskania przeze mnie tutejszego prawa jazdy minelo czasu malo-wiele, auto malzenskie tez zostalo sprzedane juz dawno temu, a o nowym pojezdzie ani mru-mru… No wiec wlasnie sytuacja ulegla zmianie i stalam sie wlascicielka bardzo pieknej acz kilkuletniej juz Hondy Jazz w kolorze zoltym :)

jazz

Autko wypatrzylam sobie na jednym z serwisow internetowych i pojechalam obejrzec z Magda i Arturem. Wydalo nam sie wyjatkowo zadbane, czyste i fajne. No ale kota w wroku sie nie kupuje, wiec za zgoda wlasciciela zorganizowalam tzw. „przeglad przed zakupem” w warsztacie ogolnokrajowego ubezpieczyciela (NRMA), na ktory trzeba bylo czekac ze dwa tygodnie, bo nie bylo wczesniejszych terminow oraz sprawadzilam historie auta na podstawie numeru identyfikacyjnego (VIN) tzn. czy nie bylo kradzione, czy nie wisi na nim kredyt i takie podobne. Po tym wszystkim w koncu zdecydowalam sie je kupic. Po odbior pojechalam tym razem z Gosia, a na miejscu spotkalismy sie tez z Diana i jej rodzinka, bo potrzebowalam pomocy zeby dotrzec przez pol miasta do domu w strugach deszczu do tego… Taki ze mnie kierowca, no ale od czego ma sie przyjaciol – dziekuje kochani! Sprzedajacy nawet sie pytal ile ja mam tu w Australii rodziny, ze ciagle z kims innym przychodze, a ja mowie ze wcale, mam za to przyjaciol :) Od razu – przez telefon zakupilam tez ubezpieczenie, bo bez ubezpieczenia jakos glupio ;) Prawie wszystko co jest zwiazane z zakupem auta mozna zalatwic przez internet albo telefonicznie, no oczywiscie oprocz faktycznego przegladu…

No i juz jezdze. Bylismy z Maxem w weekend w centrum handlowym, a dzisiaj pojechalam tez do pracy, bo mialam gwarantowany parking. A generalnie u mnie w pracy z parkingiem slabo, wiec nie wiem czy bede codzien autem jezdzic. No ale mialam juz powazny sprawdzian, bo dzis bylo oberwanie chmury i lalo niemilosiernie, a ja jechalam samochodem i jakos bez problemu :) Odpukac!

A jutro Dzien Australii i w zasadzie moja osma rocznica przybycia do Oz. Kto by pomyslal?

Happy Australia Day!

Australia day Vegemite

Iza

Noworocznie

Witamy w nowym, lepszym, jeszcze pachnacym opakowaniem roku 2012. Bez zalu pozegnalam sie z rokiem 2011, ktory postawil przede mna nowe wyzwania, zapewnil mi zdrowa (a raczej niezdrowa) dawke emocji oraz otworzyl droge do nowych mozliwosci :)

Rok 2011 pozegnalismy z hukiem, zabralam Maxa na pobliski punkt widokowy, zeby obejrzal ze mna rodzinne fajerwerki o 21.00. Chyba mu sie podobaly, bo na koniec bil brawo. Glowny pokaz o polnocy obejrzalam juz w domu, w telewizji i wiem skadinad, ze byla tez transmisja w TVN24.

Cofajac sie nieco w czasie, musze przyznac, ze grudzien minal nam bardzo rozrywkowo. Max mial Mikolaja w przedszkolu i byl tym faktem niezwykle przejety przez nastepne 2 tygodnie czyli az do Wigilii. Ja mialam swiateczny lunch ze wspolpracownikami, na ktory prawie nie poszlam, bo Max dzien wczesniej sie troche rozchorowal. Na szczescie jednak udalo mi sie pojsc i bylo fantastycznie. Bylismy w restauracji malezyjskiej w Darling Harbour gdzie zarcie bylo rewelacyjne, szampan tez, a na koniec dostalismy jeszcze upominki od restauratora w postaci firmowych sosow curry…

Same swieta minely nam spokojnie, Wigilia jak zwykle w gronie przyjaciol z tradycyjna polska kuchnia: sernik, pierogi, krokiety i takie rozne podobne, a pogoda byla akurat kiepska, wiec sie to zimowe polskie zarcie dobrze jadlo ;) Byly tez krewetki, na ktore Max ze zgroza wolal „pajaki” i za nic nie chcial sprobowac. Na choince powiesilam w tym roku cukierki, zeby mialo dziecko troche radochy ze sciagania. Owszem, sciagal i rozpakowywal, ale jesc musialam sama ;)

Otworzylismy juz sezon plazowy, bylismy z Magda i Arturem na Balmoral. Bardzo przyjemnej plazy portowej, na ktorej nie ma duzych fal, raj dla dzieci… Kupilam nowy namiot plazowy od slonca, sam sie rozklada, za cholere nie da sie potem zlozyc. Ale sie naucze.

Jesli chodzi o moje dziecko, to dzielnie uczymy sie korzystac z toalety – juz prawie, prawie. Poza tym Max zostal tlumaczem po mamie ;) Podam przyklad dialogu: Max co chcesz na sniadanie? Porridge a po polsku owsianke. Albo oglada bajke z konikiem w roli glownej i mowi: Horse! A po polsku konik… I tak kilkanascie razy dziennie na wszelkie tematy :))) Generalnie proszony o mowienie po polsku, stara sie tlumaczyc, ale nie zawsze jeszcze mu to wychodzi i powstaja kwiatki w stylu: I lubie rybe, it’s yummy…

I tym optymistycznym akcentem koncze dzisiejszy wpis. Beda zdjecia, ale musze powrzucac.
Iza

Swiatecznie

Spokojnych, milych, rodzinnych, slonecznych, radosnych i cieplych Swiat Bozego Narodzenia oraz zeby Nowy Rok byl lepszy od poprzedniego…

tego Wam wszystkim zyczymy

Iza i Max

Nowe smieci…

No to witamy na wordpressie. Blog wyglada nieco inaczej, moze to naprawie ;)
Iza

Czas na piknik!

Dzisiaj jest w Australii pierwszy dzien lata. Ale jesli wyjrzec przez okno to w Sydney wcale na to nie wyglada… Troche zimno i do tego wieje jak nie przymierzajac w kieleckiem ;) Australijczycy to sobie niezle uproscili, pory roku zaczynaja sie pierwszego dnia miesiaca i juz. Latwo zapamietac. A poniewaz pory roku nie sa az takie zroznicowane jak np. w Polsce, to te umowne daty nie maja tak naprawde znaczenia…

Co sie tyczy tytulowego pikniku to odbyl sie on w Centennial Parku w zeszla niedziele. Poniekad spontanicznie. Magda i Artur rzucili ze dwa tygodnie temu haslo "Czas na piknik!" i ustalilismy date. Potem bylo slabo, bo caly tydzien lalo i bylo zimno i prawie myslelismy, ze nici z pikniku, ale w sobote po poludniu nagle zrobilo sie goraco, a niedziela to juz w ogole byla piekna. No i frekwencja dopisala w zwiazku z tym. Bylo mase ludzi, niektorych widzialam po raz pierwszy… Mielismy grilla i rozstawilismy sie obok placu zabaw, bo bylo w grupie sporo dzieciakow. To byl bardzo udany towarzysko dzien :) Max tez sie dobrze bawil, caly dzien na placu zabaw… Zrobilam kilka zdjec:

Piknik!
Piknik!

Nastepny piknik, a w zasadzie caly kiermasz, w najblizsza niedziele, w centrum miasta – doroczna impreza "Polish Christmas w Darling Harbour". Znowu spotkam sie z cala masa polskich znajomych :) Jak co roku…
Wczoraj natomiast mialam urodziny i musze przyznac, ze wszystkie moje srodki komunikacji ze swiatem zostaly zalane fala serdecznych zyczen, tak wielka, jak chyba nigdy dotad… Bardzo wszystkim dziekuje :) Pozytywne wibracje radosnie rozeszly mi sie po mieszkaniu. W pracy tez fajnie, bo dostalam bukiet slonecznikow, a kolezanka upiekla specjalnie z tej okazji ciasto. Bardzo milo! W prezencie kupilam sobie kupon lotto ;) Zaplacilam 11 dolarow, a wygralam 15.75 – czyli do przodu…
A oto moje sloneczniki:

Sloneczniki

Iza

Sculpture by the Sea

Zachecona piekna sloneczna pogoda oraz towarzystwem Gosi wybralam sie ostatnio na wystawe, ktora co roku ma miejsce na sciezce spacerowej miedzy Bondi i Coogee, i nazywa sie ‘Sculpture by the Sea’ (Rzezba Nad Morzem). Niektorzy z Was pamietaja pewnie zdjecia z poprzednich lat, takie jak gigantyczne okulary przeciwsloneczne czy roztopiony samochod z lodami ;) Troche pop artu, troche kiczu i troche niesamowitej sztuki. W tym roku bylo kilka niesamowitych ekspozycji i tym wlasnie chcialam sie z Wami podzielic… wiec dzisiaj, bardziej niz zwykle bedzie fotoblog:


Sculpture By The Sea - kran Sculpture By The Sea
Sculpture By The Sea - picture perfect ;) Sculpture By The Sea
Sculpture By The Sea Sculpture By The Sea
No a wiecej zdjec oczywiscie jak zwykle tam gdzie wiecie ;) Duzo zdjec oceanu i plazy tez, bo bylo wyjatkowo pieknie.
Iza

Swieto konia…

Halloween zupelnie niepostrzezenie zmienilo sie w Melbourne Cup (rzeczone w tytule swieto konia), jako ze jedno wystapilo po drugim. Melbourne Cup tradycyjnie odbywa sie w pierwszy wtorek listopada i w tym roku to byl pierwszy dzien miesiaca. Jako, ze Halloween nie obchodze, a z uwagi na odleglosc Swieta Zmarlych tez nie bardzo, to postanowilam przylaczyc sie do obchodow swieta konia. W corocznym wyscigu jak zwykle braly udzial konie z najdziwniejszymi imionami: Unusual Suspect, Drunken Sailor, Older Than Time… to tylko niektore z nich. Niestety, wygral kon o calkiem nudnym imieniu Dunedin. Podwojne niestety, bo obstawialam calkiem cos innego… A zeszloroczny zwyciezca i tegoroczny faworyt Americain nie byl nawet trzeci :( No ale byly emocje i ostra koncowka wyscigu, ktora trzeba bylo rozstrzygac fotograficznie i Dunedin wygral doslownie o dlugosc chrap… Nic nie wygralam, ale przynajmniej bylismy cala brygada z biura na drinkach w pubie i mielismy okazje zobaczyc wyscigowe tlumy i panie w kapeluszach, albo tzw. "fascynatorach" – piekna nazwa nie ma co…

Melbourne Cup w pubie
Iza i Susanna

Ciekawostka. Robilam kiedys tlumaczenie dla firmy z Nowej Zelandii. Tlumaczylam dokument australijski dla lokalnej gminy, ale jakims cudem szlo to przez Nowa Zelandie (przetarg jakis niechybnie). No i wlasnie dostalam zaproszenie na bal bozonarodzeniowy, ktory firma z Nowej Zelandii organizuje dla swoich kontraktorow. W Auckland ;) wiec chyba nie skorzystam, ale milo z ich strony.
Zauwazyliscie zapewne zmieniajaca sie szate graficzna bloga. Ktos ostatnio mnie zapytal, czy kolory Australii sa inne niz Polski… no i wyszlo mi, ze Australia kojarzy mi sie z blekitem i bialym, takie troche marynistyczne kolory. To chyba glownie dotyczy Sydney w sumie, no ale ja jestem w Sydney, wiec niech i moj blog to odzwierciedla. Wszystko to jeszcze praca w toku, bo mam w planach inne zdjecie, ale o tym niebawem. Tymczasem, blog.pl zakomunikowal mozliwosc przeniesienia blogow na platforme WordPress. Bardzo jestem ciekawa co z tego wyjdzie.
A dzisiaj magiczna data 11.11.11 i do tego pelnia ksiezyca… czego sie mozna spodziewac w taka noc?
Iza

Singapur po raz drugi

Ciezko bylo nam sie rozstac z rodzina w Polsce, ale coz bylo robic… Wsiedlismy w samolot i polecielismy, najpierw do Zurychu (Max znowu przespal caly lot), a potem do Singapuru. Lot do Singapuru mielismy koszmarny, bo siedzielismy kolo nieprzyjemnej kobiety, ktora cala swoja postawa dawala nam do zrozumienia, ze dzieci w samolocie nie toleruje a juz na pewno nie obok siebie ;( Chyba nawet probowala sie przesiasc, bo wziela karte pokladowa i poszla do stewardessy, ale nie miala farta. A szkoda… Chcialam jej powiedziec zeby nastepnym razem leciala pierwsza klasa to bedzie miala wiekszy komfort ;)

W Singapurze wyladowalismy bladym switem (i w strugach deszczu) i pojechalismy do hotelu poleconego nam przez Agnieszke (tutaj jest jej blog). Hotel polozony dalej od centrum, ale za to blizej lotniska. Bylismy tam bardzo rano, troche sie balam, ze tak wczesnie nie wpuszcza nas do pokoju, ale mielismy szczescie, bo juz po chwili znalezlismy sie w najmniejszym pokoju hotelowym w jakim mialam przyjemnosc nocowac. Zmiescilo sie tylko lozko i jedna szafka… Dobrze, ze chociaz mielismy okno, bo podobno to nie jest w tym hoteliku standard. Generalnie bylo super, wszystko czego potrzebowalismy i za przystepna cene… w tym wifi.
Nasz mikropokoik
Nasz hotel
Troche sie musielismy przespac, bo jednak jetlag i meczaca podroz daly nam sie we znaki… Potem wzielismy taksowke i pojechalismy do centrum. Najpierw do Sim Lim square, ktore powinno sie odwiedzic jesli chce sie zakupic tanio jakas elektronike. Nic nie kupilismy, bo Maxia zakupy nudza ;) A potem wybralismy sie do Marina Bay Sands, bo jeden z taksowkarzy uswiadomil nas, ze mozna wejsc na taras widokowy na gorze tego spektakularnego hotelu… Tak tez zrobilismy i mamy piekne zdjecia. 
Widok ze Skyparku
Singapur noca
Przygotowania do GrandPrix byly juz zakonczone i widzielismy tor wyscigowy wokol Singapore Flyer. Na tarasie zostalismy do zmroku. Jedna z zalet jetlaga jest to, ze nie trzeba wczesnie chodzic spac ;) Nawet Maxio nie byl jeszcze spiacy… W drodze powrotnej do hotelu dowiedzielismy sie tez, ze w dniu kiedy rusza Formula 1 to mozna zapomniec o poruszaniu sie po centrum. Ulice pozamykane i wszedzie pojawiaja sie masakryczne korki… Mielismy jednak w zanadrzu plan B.
Nastepnego dnia wstalismy dosyc pozno. Maxa to w zasadzie zwloklam z lozka, bo przespalby caly dzien jakby mu pozwolic. Poszlismy na szybkie sniadanie w pobliskiej kawiarni – tosty kaya z jajkiem ugotowanym na bardzo miekko (w zasadzie niedogotowanym wg naszych standardow) Maxio poprzestal na tostach i chyba lepiej ;) mnie natomiast smakowalo… Tylko kawa byla okrutna, slodka i jakas nietaka ;)) No i te kelnerki, szczypiace co chwila Maxia policzki, bo tak im sie spodobal. Musialam w koncu powiedziec zeby przestaly, bo Max zaraz bedzie plakal. Zero empatii, co za narod ;)
Po sniadaniu przystapilismy do realizacji planu B. Mianowicie pojechalismy na drugi koniec miasta transportem publicznym. Najpierw autobusem do metra (MRT – skrot od "Mass Rapid Transport"), metrem do Vivo City (centrum handlowe), a potem kolejka linowa (!) na wyspe Sentosa. No i to byl strzal w dziesiatke :) Polazilismy po plazach (byly nawet place zabaw), odwiedzilismy oceanarium, ktore jest troche podobne do sydnejskiego, obejrzelismy pokaz fok i delfinow i generalnie zmeczylismy sie okropnie ;)
Plaza!
Mosteczek
Na koniec jeszcze wpadlismy do Vivo City, do Food Republic (food court czyli miejsce gdzie mozna tanio zjesc) na Nasi Lemak. Nasi Lemak sklada sie z ryzu i roznych dodatkow, ktore wybiera sie samemu sposrod setki dostepnych: jajka, miesa, ryby i warzywa przyrzadzone na rozne sposoby. Bardzo interesujace danie. A potem wrocilismy do hotelu tak samo jak przyjechalismy, czyli metrem i autobusem. Nastepnego dnia rankiem mielismy samolot do Sydney. Balam sie, ze zaspimy przez tego jetlaga, ale udalo nam sie wstac na czas. Lot Qantasem do Sydney minal bez problemow i uciazliwych wspolpasazerow, i nawet byl posilek dzieciecy dla Maxia tym razem :) A w Sydney przywitali nas na lotnisku Magda i Artur, co bylo z ich strony bardzo, bardzo mile :)))
Iza

Polskie wakacje

Podroz z Singapuru do Zurychu minela nam o wiele przyjemniej niz lot z Sydney do Singapuru. Po pierwsze dlatego, ze obsluga w Singapore Airlines jest o niebo lepsza niz w Qantasie – nie sa tacy wyluzowani ;) Siedzielismy na gornym pokladzie A380, nie wiem czy jakies inne linie maja miejsca w klasie ekonomicznej na gornym pokladzie Airbusa… Qantas nie ma. Juz przy wejsciu przywital na steward, zaprowadzil na wlasciwe miejsce, spytal sie kiedy zyczymy sobie dzieciecy posilek (wczesniej niz wszyscy, pozniej?), niebawem dostalismy tez ksiazeczki i gry dla Maxia. No i dzieciece sluchawki na uszy, ktore Maxiowi nie spadaly jak chcial ogladac bajki :) Dwanascie godzin minelo w miare szybko, czesc przespalismy… W Zurychu szybka przesiadka na samolot linii lotniczych LOT, w ktorym to samolocie Maxio natychmiast zapadl w sen, mimo, ze dostal ksiazeczki i kredki od pani stewardesy. Obudzilam go jak wyladowalismy w Warszawie. Potem tylko przydlugie oczekiwanie na walizke i bez zadnych formalnosci (widac wystarczy, ze zajrzeli nam w paszporty w Zurychu) wyjscie na miasto. Czekala na nas moja mama i siostra z minami niepewnymi, bo nie wiedzialy jak sie wobec nich Maxio zachowa – w koncu znal je tylko ze skypa. A tu niespodzianka – Maxio bez zenady rzucil sie babci na szyje, jakby ja od razu rozpoznal.

A w Polsce? Zwariowany urlop, w takim tempie, ze chyba wcale nie odpoczelam ;) ale za to spotkalam sie z masa znajomych – niestety nie ze wszystkimi :( Najadlam sie tez roznych polskich przysmakow – co przyplacilam ciezka niestrawnoscia juz na samym poczatku mojego pobytu ;) Bylam u dentysty – a co! U lekarza z Maxiem – kaszlal i kaszlal, wiec poszlismy prywatnie do lekarza, ktory zaordynowal badania krwi (zeby tutaj byli tacy skorzy do robienia badan)… wyszlo, ze jest infekcja i potrzebny antybiotyk. Jakies mocniejsze te leki w Polsce niz w Australii, bo po tym antybiotyku Maxio nie kaszlal wcale przez dlugi czas. Dopiero ostatnio sie rozlozyl, jak pochodzil troche do przedszkola ;)
Ponad to spotkalam sie z Margarytka, autorka bloga http://blog.calimera.pl/ oraz z Pawlem, autorem bloga http://do.australii.pl/. Obie te stronki serdecznie polecam milosnikom podrozy i/lub Australii.
Poza tym moja droga Zosia, pokazala mi jak teraz wyglada zycie nocne w Warszawie. Nie zebym miala w tej kwestii porownanie, bo nigdy nie bylam zbyt klubowa, ale przyznam, ze jesli ktos ma ochote to jest w Warszawie pare fajnych klubow nocnych, moj ulubiony – Powiekszenie, na tylach Nowego Swiatu… Warszawa noca tez robi niezle wrazenie, wszystko jest podswietlone i wyglada super.

Warszawa noca
Warszawa noca

Wyciagnelam mame i siostre na weekend do Krakowa, gdzie tez mialam kilka znajomych osob do odwiedzenia. Miedzy innymi Gosie i Rafala, ktorzy (jesli czytaliscie bloga uwaznie to wiecie) kiedys mieszkali w Sydney, a teraz Krakow jest ich domem. No i rodzinka im sie powiekszyla… W Krakowie bylo bardzo rozrywkowo, bo to juz takie rozrywkowe miasto jest ;) Pelno kawiarni, restauracji i innych atrakcji, wiec spedzalismy dni na lazeniu po miescie i podziwianiu architektury:

Budynek (ladny)Rynek w Krakowie
oraz na fotografowaniu sie z roznymi artystami ulicznymi ;)

Diabel mowi dobranoc Rycerzem byc!
Generalnie mielismy wyluzowany weekend…
W Warszawie tez sie troche pozmienialo, np. za przejazd autobusem czy tramwajem mozna zaplacic przez smartfona, nie probowalam, ale widzialam naklejki w autobusie z instrukcja jak to sie robi ;) No i te sklepy czynne do 23 albo i dluzej… W Sydney wszystko zamyka sie o 17-18 i tylko w czwartki jest czynne troszke dluzej.
Spotkalam sie tez z Magda i Lukaszem, kolejna para, ktora mieszkala pare lat w Australii, a potem zdecydowala sie wrocic do Polski, a konkretnie zamieszkali w Warszawie. Przed wyjazdem do Polski pojezdzili troche po roznych czesciach Azji a swoje przygody opisali na blogu: http://vonlisek.blogspot.com/. Tez wszystkim polecam, bo to bardzo ciekawa lektura :)
A poza tym odwiedzilismy z Maxiem milion placow zabaw, poznalismy sie z dziecmi znajomych i generalnie chyba dobrze sie bawilismy… Jedyne co moge stwierdzic, to ze bylismy na tych wakacjach zdecydowanie za krotko! Nie zdazylismy sie wszystkim i wszystkimi nacieszyc, a juz trzeba bylo wracac… Pozostaja wspomnienia i nadzieja na wiecej… nastepnym razem.

Zdjecie pamiatkowe...
A teraz wszystkim polecam nasze polskie zdjecia: 
Pozdrawiam
Iza

Mialo byc na temat Singapuru…

Mialam pisac dalej na temat naszych wojazy, ale tyle sie dzieje, ze nie bardzo mam czas… ale chetnie wracam myslami do Singapuru, bo w Sydney ciagle nie jest za cieplo, mimo ze juz pazdziernik ;)

Ja natomiast rzucilam sie w wir pracy, bo w mojej firmie duzo zmian i trzeba znowu sie uczyc nowych procesow i systemow, ale to dobrze, bedzie sie wiecej dzialo. Mam do zorganizowania kolejne szkolenie / konferencje, znowu dostalam nowe obowiazki i generalnie na nude nie narzekam.
Z bardziej rozrywkowych wydarzen, zorganizowalam babskie spotkanie, na ktorym frekwencja dopisala, lacznie z dzieciakami – ku uciesze Maxia. Kasia przywiozla mi jajka ze wsi i maslo wlasnej roboty, zupelnie jakby mieszkala na poczciwej polskiej wsi, a nie w okolicach Sydney w Australii ;) Magda przywiozla Maxiowi wielka ksiege z bajkami po polsku, ktora teraz studiujemy codzien, na razie troche bardziej obrazki niz tresc, ale na wszystko przyjdzie pora. Poznalam tez zupelnie nowa kolezanke, ktora spedzila 6 lat na Tajwanie, a teraz mieszka z rodzinka w Sydney i od wielu lat pisze bloga. Milo bylo sie ze wszystkimi zobaczyc :)
Kasia, Iza i Diana
Babska impreza
Nastepnego dnia po imprezie zabralam Maxia na spacer i okazalo sie, ze w Lane Cove jest kiermasz polaczony z wesolym miasteczkiem :) Wsiadlam z Maxiem na karuzele, co poimprezowo najlepszym pomyslem nie bylo jak sie mozecie domyslic, ale dalismy rade dobrze sie bawic. Potem byly jeszcze baloniki i lody i wczesnie poszlismy spac tego dnia ;)

Na karuzeli
Lody i balonik

Bylam tez w miedzyczasie na imprezie Masterchef Live, gdzie mozna bylo popatrzec na kucharzy celebrytow, testowac rozne produkty spozywcze jak na przyklad lody granulowane i kupic rozne ciekawe produkty po okazyjnych cenach. Ja kupilam kilo organicznej kawy z Papui Nowej Gwinei i foremki do wycinania samochodow i samolotow z chleba, dzieki ktorym Maxio codziennie chce jesc kanapki ;) Zreszta Maxio od pobytu w Polsce (o ktorym nadal mam nadzieje jeszcze napisac) zainteresowal sie gotowaniem i codziennie po powrocie z pracy / przedszkola pomaga mi przygotowac kolacje, a potem siadamy razem do stolu i jemy to co ugotowalismy…
Acha, no i jeszcze kupilam Maxiowi nowa bryke, bo stara powoli robi sie zbyt uciazliwa:
Nowa bryka
No i sami widzicie, ze nie mam kiedy pisac. W miedzyczasie, zrobilam jeszcze kilka tlumaczen, obejrzalam zalegle odcinki Torchwood i True Blood (bosz, jak ja lubie ten serial…), przeczytalam przywieziony z Polski "Twoj Styl" i zaczelam czytac przynajmniej 3 ksiazki na raz (w tym ksiazke Michala Pauli o tym jak trafil na siedem lat do tajskiego wiezienia)… Jak przeczytam to Wam opowiem – moze ;)
Tymczasem natomiast pozdrawiam,
zabiegana Iza