|
|
Od czego by tu zaczac… Dawno nie pisalam, bo i nie za duzo sie wydarzylo. Na przyklad zrobila sie zima. Calkiem z zaskoczenia nas wziela, a 18 stopni w domu to nie przelewki :) No i z tej okazji (oraz zachecona promocja w supermarkecie Aldi) postanowilam kupic sobie slow cooker. Slow cooker to taki garnek elektryczny, w ktorym wszystko gotuje sie powoli w niewysokiej temperaturze… za to po 8 godzinach jest prawdziwe zimowe zarcie – gulasz, curry, zupa z gwozdzia itp. Dzisiaj na przyklad robie jagniecine po marokansku – wielka golonka taka ;) A ostatnio zrobilam bigos, bo urzadzenie to do bigosu idealne jest. Pochwalilam sie w pracy i koniecznie chcieli sprobowac. A ja mysle, eee to chyba dla tutejszych zbyt egzotyczne danie, sam zapach kapusciany ich chyba zniecheci. No ale chcieli to zanioslam do sprobowania. No i wiecie co? Musialam napisac przepis i sie nim podzielic, bo ewidentnie zasmakowalo. Potem pytali gdzie kupic polska kapuste kiszona i kielbase :)))
W ogole w pracy zrobilo sie bardzo ciekawie. Pisalam juz chyba, ze zajmujemy sie wspieraniem przedszkoli, zeby integrowaly dzieci niepelnosprawne i nie tylko (albo jak my to ogolnie mowimy – dzieci z dodatkowymi potrzebami). Zalatwiamy fundusze rzadowe na dodatkowych wychowawcow, sluzymy porada i szkolimy nauczycieli przedszkolnych… W przyszlym tygodniu mamy doroczna konferencje na temat integracji i nauczania poczatkowego. A w czerwcu ide na konferencje na temat dwujezycznosci i wielokulturowosci. Dokladnie moja ulubiona tematyka, wiec spytalam szefowa czy moga mnie wyslac i wyslali. Program wyglada bardzo ciekawie – przypomni mi sie tematyka mojej pracy magisterskiej ;)
Poza tym dziarsko wykorzystujemy nowe technologie – w biurze mamy ipada z aplikacjami skierowanymi do dzieci z dodatkowymi potrzebami, tematyka roznorodna – edukacja, komunikacja itp. A ostatnio wzielismy udzial w szkoleniu online – mowia tu na to webinar :) Razem z setka innych ludzi (podobno tyle bralo udzial) sluchalismy przez internet prezentacji na zywo i bralismy nawet udzial w ankiecie, ktorej wyniki dostepne byly zaraz po jej zakonczeniu – pelna interaktywnosc. To teraz pewnie bedzie wiecej takich rzeczy.
Moje prywatne przygody z technologia sa mniej udane ;) Najpierw wybuchl mi komputer – wlasciwie tylko zasilacz ale trzeba bylo wymienic (no i najadlam sie strachu), a potem popsulo sie dvd. Moze u mnie jest cos z pradem nie tak? Mysle, ze generalnie trzeba zmienic lokum, ale ogladalam pare mieszkan i nic mi nie przypadlo do gustu. Zreszta, wynajem mieszkan w Sydney to temat na ksiazke, a nie na blogowa notatke ;) Max smiesznie reaguje. Po tym jak bylismy obejrzec kilka mieszkan, zobaczyl ulotke z agencji nieruchomosci, na ktorej bylo zdjecie domu i wola: mama, ten tez musimy zobaczyc! Ciekawe czy on rozumie, po co my te mieszkania ogladamy? Bo niby mu tlumacze, ale chyba jeszcze tego nie ogarnia…
Bym zapomniala, ze Yaha upominala sie o wiecej zdjec ;) Oto kilka z mojego spaceru po Manly:
 
 
Tutaj Max na placu zabaw:
 
A tu moje ulubione – autoportret Maxa :)

No i tym optymistycznym akcentem koncze dzisiejsza notke.
Iza
Wesolych Swiat Wielkiej Nocy, mokrego jajka, smaczego dyngusa ;) i milego odpoczynku zycza Iza i Max

Problemy z przeciekami zaczely sie chyba rok temu albo jeszcze wczesniej… Sasiadom z dolu cieklo na glowe, podobno nawet z zyrandola. U mnie natomiast nic nie cieklo. Ale i tak przychodzili co chwila jacys specjalisci i wreszcie doszli do wniosku, ze trzeba przekafelkowac prysznic, bo jest slabo uszczelniony. Jak pomysleli tak zrobili. Najpierw mi wymienili tylko podloge pod prysznicem i to mialo wystarczyc. Robota zajela pare dni, na szczescie z lazienki generalnie moglam, poza prysznicem, korzystac. Po kilku tygodniach (miesiacach?) przyszli ponownie i przekafelkowali tez sciany, bo nadal cieklo. Znowu pare dni balaganu. No i wydawalo sie ze po problemie. Niestety sasiedzi z dolu zaraportowali, ze problem nie zniknal tylko sie powiekszyl. Minelo czasu malo-wiele i znowu wyslano do mnie ekipe – dwoch hydraulikow tym razem, z ciezkim sprzetem. Siedzieli, badali, mierzyli cisnienie w rurach czy cos tam. Troche im to zajelo, caly dzien w zasadzie. Na koniec pytam co odkryli… Zrobili glupie miny i mowia ze nic. No to mozna bylo sie spodziewac kolejnych pielgrzymek specjalistow.
Tym razem przyszedl jeden, za to na caly dzien. Jak wrocilam z pracy to oznajmil, ze rura pekla. No i trzeba bylo tak od razu! Dlaczego nikt wczesniej tego nie zauwazyl to nie mam pojecia. Pokazal mi tez przeciek w mieszkaniu na dole, bo sasiedzi sie wyniesli (i wcale sie im nie dziwie). Mowie wam masakra, nie tylko sufit mokry w sypialni i grzyb, ale woda ciurkiem po scianie plynela…
Przyjechala ekipa i naprawila peknieta rure. Dwa dni. Dzwonia do mnie do pracy i mowia ze mi dzbanek potlukli. Mowie trudno, co poradze… Dzbanek rzecz nabyta ;) Na drugi dzien przychodze, a na miejscu potluczonego nowy dzbanek stoi :) Porzadni ludzie… Posprzatali po sobie tez porzadnie, wiec bylam zadowolona. Do czasu kiedy kilka dni pozniej u mnie w sypialni (w zasadzie to u Maxa) sufit zrobil sie mokry, a po scianie poplynela struzka wody… W sumie 3 struzki. Moze jak naprawili rure w jednym miejscu to pekla w kolejnym najslabszym punkcie? Zadzwonilam do agenta nieruchomosci, ktory zarzadza moim mieszkaniem. Hydraulicy przyjda znowu w piatek. W miedzyczasie przestalo cieknac, bo jak sie okazalo sasiedzi z gory tez sie wyprowadzili… Czyli najlepszy moment na dokonanie wszelkich napraw.
A dzisiaj jestem chora i kicham jak szalona… a moze to tylko katar sienny, nie wiem :P
Iza
W nawiazaniu do poprzedniego wpisu, to zacznijmy od tego, ze jeszcze pare plaz z Maxem odwiedzilismy zanim na dobre rozpetala sie slota… Bylismy na spacerze na Bondi oraz plazowalismy na Collaroy. Plazowanie na Collaroy bylo bardzo udane, bo jest to plaza wyjatkowej urody:
 
Niestety, po tym plazowaniu okazalo sie, ze pomylilam buteleczki z plynem do opalania i plynem po opalaniu. Takie same sa prawie, a napisow nie czytalam. No i posmarowalam sie nie tym co trzeba i wiecie jaki byl efekt. Spieklam sie slicznie jak zwykle w takich razach na jaskrawy fiolecik i skora schodzila ze mnie nieprzytomnie – kolezanka z pracy przyniosla liscie aloesu z ogrodka i sie nimi smarowalam – to bardzo kojaco dziala na poparzenia. Na szczescie Max ma swoj wlasny plyn do opalania i zostal nim starannie posmarowany. Za to spiesze doniesc, ze namiot plazowy zlozylam za pierwszym podejsciem bez problemu :)
Spedzilismy tez niedziele w Centennial Parku, gdzie Max szalal na placach zabaw, a ja podziwialam przyrode i robilam zdjecia:
   
A potem zaczelo padac i to nie tylko w Sydney. Mamy teraz okres powodziowy. Byly ewakuacje i zatoniecia. W Sydney tez potrafi popadac zdrowo, ze nawet gdzies zalalo stacje metra. Nie mowiac juz o probie przejscia z samochodu do biura zakonczonej dokladnym i nieuchronnym przemoknieciem do suchej nitki mimo kurtki przeciwdeszczowej i parasola. A potem siedzialam w pracy w kocu czekajac az mi spodnie na grzejniku wyschna.
No i w tej slocie wlasnie, wsiadam ktoregos dnia do samochodu i zanim zdazylam odpalic, spada mi na kolana pajak – huntsman dokladniej, nieduzy z 10 cm mial, ale one generalnie robia wrazenie. Ja oczywiscie w krzyk, pajak w nogi, Max niewzruszony „Pajak mama, it bites you” (ze niby gryzie). Zaczelam sie zastanawiac kiedy sie na niego natkne znowu – znaczy sie na pajaka, bo uciekl pod fotel czy gdzies… A dzisiaj otwieram sobie spokojnie drzwi po stronie pasazera, a tam co? Hunstman. A moze to nie ten sam? Moze mam cale stado pajakow w samochodzie? Pora jechac na myjnie, niech tam porzadnie w srodku odkurza ;)
Jeszcze mialam napisac o przygodach z hydraulikami, ale to juz temat na oddzielny wpis.
Pozdrowienia z krainy deszczowcow
Iza
Nie chcialabym zdenerwowac za bardzo czytelnikow z polnocnej polkuli, ktorych gnebi wlasnie zima stulecia, ale odbylam wczoraj romantyczny spacer brzegiem oceanu, na jednej z moich ulubionych plaz (Narrabeen), z moim ulubionym facetem… Zbieralismy muszelki, uciekalismy przed spienionymi falami, ganialismy mewy, slowem sielanka :)
   
A potem spadl deszcz i trzeba bylo zmykac do domu, dobrze ze mamy auto, ale za to wracalismy w niezlym korku…
Max ma juz 3 lata! Kiedy to sie stalo, doprawdy nie wiem… Byl tort i dmuchanie swieczek i spiewanie sto lat i bylo bardzo fajnie mimo, ze liste gosci musialam troche skrocic :( bo imprezowalismy w domu a to jak wiadomo wprowadza pewne ograniczenia.
 
A tydzien pozniej bawilismy sie na czwartych urodzinach synka znajomych – Krzysia, ktore odbyly sie na drugim koncu miasta i znowu auto sie przydalo a gps jeszcze bardziej :) Byla fajna impreza. Szkoda, ze na Maxa urodzinki prognozy byly deszczowe (a ostatecznie nie padalo), bo tez bysmy sie bawili w parku… moze za rok ;)
A co do auta, to zarzekalam sie, ze nie bede nim jezdzic do pracy, a jezdze. Rozwiazalam nawet problem parkingu, znalazlam bezplatny w okolicy… No troche trzeba sie do biura stamtad przespacerowac, ale to tylko na zdrowie wyjdzie :) Max tez o autobusie nie chce slyszec tylko auto i auto, i nawet domaga sie konkretnej muzyki jak podrozujemy… Na szczescie z moich ulubionych plyt (info dla wtajemniczonych – tak tak znowu Sia – miedzy innymi). To teraz trzeba zaplanowac jakis dalszy wypad – Jervis Bay? Hunter Valley? Melbourne? Ha, dowiecie sie na pewno…
Pozdrowionka z deszczowego miasta na poludniu swiata
Iza
Od uzyskania przeze mnie tutejszego prawa jazdy minelo czasu malo-wiele, auto malzenskie tez zostalo sprzedane juz dawno temu, a o nowym pojezdzie ani mru-mru… No wiec wlasnie sytuacja ulegla zmianie i stalam sie wlascicielka bardzo pieknej acz kilkuletniej juz Hondy Jazz w kolorze zoltym :)

Autko wypatrzylam sobie na jednym z serwisow internetowych i pojechalam obejrzec z Magda i Arturem. Wydalo nam sie wyjatkowo zadbane, czyste i fajne. No ale kota w worku sie nie kupuje, wiec za zgoda wlasciciela zorganizowalam tzw. „przeglad przed zakupem” w warsztacie ogolnokrajowego ubezpieczyciela (NRMA), na ktory trzeba bylo czekac ze dwa tygodnie, bo nie bylo wczesniejszych terminow oraz sprawadzilam historie auta na podstawie numeru identyfikacyjnego (VIN) tzn. czy nie bylo kradzione, czy nie wisi na nim kredyt i takie podobne. Po tym wszystkim w koncu zdecydowalam sie je kupic. Po odbior pojechalam tym razem z Gosia, a na miejscu spotkalismy sie tez z Diana i jej rodzinka, bo potrzebowalam pomocy zeby dotrzec przez pol miasta do domu w strugach deszczu do tego… Taki ze mnie kierowca, no ale od czego ma sie przyjaciol – dziekuje kochani! Sprzedajacy nawet sie pytal ile ja mam tu w Australii rodziny, ze ciagle z kims innym przychodze, a ja mowie ze wcale, mam za to przyjaciol :) Od razu – przez telefon zakupilam tez ubezpieczenie, bo bez ubezpieczenia jakos glupio ;) Prawie wszystko co jest zwiazane z zakupem auta mozna zalatwic przez internet albo telefonicznie, no oczywiscie oprocz faktycznego przegladu…
No i juz jezdze. Bylismy z Maxem w weekend w centrum handlowym, a dzisiaj pojechalam tez do pracy, bo mialam gwarantowany parking. A generalnie u mnie w pracy z parkingiem slabo, wiec nie wiem czy bede codzien autem jezdzic. No ale mialam juz powazny sprawdzian, bo dzis bylo oberwanie chmury i lalo niemilosiernie, a ja jechalam samochodem i jakos bez problemu :) Odpukac!
A jutro Dzien Australii i w zasadzie moja osma rocznica przybycia do Oz. Kto by pomyslal?
Happy Australia Day!

Iza
Witamy w nowym, lepszym, jeszcze pachnacym opakowaniem roku 2012. Bez zalu pozegnalam sie z rokiem 2011, ktory postawil przede mna nowe wyzwania, zapewnil mi zdrowa (a raczej niezdrowa) dawke emocji oraz otworzyl droge do nowych mozliwosci :)

Rok 2011 pozegnalismy z hukiem, zabralam Maxa na pobliski punkt widokowy, zeby obejrzal ze mna rodzinne fajerwerki o 21.00. Chyba mu sie podobaly, bo na koniec bil brawo. Glowny pokaz o polnocy obejrzalam juz w domu, w telewizji i wiem skadinad, ze byla tez transmisja w TVN24.
Cofajac sie nieco w czasie, musze przyznac, ze grudzien minal nam bardzo rozrywkowo. Max mial Mikolaja w przedszkolu i byl tym faktem niezwykle przejety przez nastepne 2 tygodnie czyli az do Wigilii. Ja mialam swiateczny lunch ze wspolpracownikami, na ktory prawie nie poszlam, bo Max dzien wczesniej sie troche rozchorowal. Na szczescie jednak udalo mi sie pojsc i bylo fantastycznie. Bylismy w restauracji malezyjskiej w Darling Harbour gdzie zarcie bylo rewelacyjne, szampan tez, a na koniec dostalismy jeszcze upominki od restauratora w postaci firmowych sosow curry…
Same swieta minely nam spokojnie, Wigilia jak zwykle w gronie przyjaciol z tradycyjna polska kuchnia: sernik, pierogi, krokiety i takie rozne podobne, a pogoda byla akurat kiepska, wiec sie to zimowe polskie zarcie dobrze jadlo ;) Byly tez krewetki, na ktore Max ze zgroza wolal „pajaki” i za nic nie chcial sprobowac. Na choince powiesilam w tym roku cukierki, zeby mialo dziecko troche radochy ze sciagania. Owszem, sciagal i rozpakowywal, ale jesc musialam sama ;)

Otworzylismy juz sezon plazowy, bylismy z Magda i Arturem na Balmoral. Bardzo przyjemnej plazy portowej, na ktorej nie ma duzych fal, raj dla dzieci… Kupilam nowy namiot plazowy od slonca, sam sie rozklada, za cholere nie da sie potem zlozyc. Ale sie naucze.
 
Jesli chodzi o moje dziecko, to dzielnie uczymy sie korzystac z toalety – juz prawie, prawie. Poza tym Max zostal tlumaczem po mamie ;) Podam przyklad dialogu: Max co chcesz na sniadanie? Porridge a po polsku owsianke. Albo oglada bajke z konikiem w roli glownej i mowi: Horse! A po polsku konik… I tak kilkanascie razy dziennie na wszelkie tematy :))) Generalnie proszony o mowienie po polsku, stara sie tlumaczyc, ale nie zawsze jeszcze mu to wychodzi i powstaja kwiatki w stylu: I lubie rybe, it’s yummy…
I tym optymistycznym akcentem koncze dzisiejszy wpis.
Iza
Spokojnych, milych, rodzinnych, slonecznych, radosnych i cieplych Swiat Bozego Narodzenia oraz zeby Nowy Rok byl lepszy od poprzedniego…
tego Wam wszystkim zyczymy
Iza i Max
No to witamy na wordpressie. Blog wyglada nieco inaczej, moze to naprawie ;)
Iza
Dzisiaj jest w Australii pierwszy dzien lata. Ale jesli wyjrzec przez okno to w Sydney wcale na to nie wyglada… Troche zimno i do tego wieje jak nie przymierzajac w kieleckiem ;) Australijczycy to sobie niezle uproscili, pory roku zaczynaja sie pierwszego dnia miesiaca i juz. Latwo zapamietac. A poniewaz pory roku nie sa az takie zroznicowane jak np. w Polsce, to te umowne daty nie maja tak naprawde znaczenia…
Co sie tyczy tytulowego pikniku to odbyl sie on w Centennial Parku w zeszla niedziele. Poniekad spontanicznie. Magda i Artur rzucili ze dwa tygodnie temu haslo "Czas na piknik!" i ustalilismy date. Potem bylo slabo, bo caly tydzien lalo i bylo zimno i prawie myslelismy, ze nici z pikniku, ale w sobote po poludniu nagle zrobilo sie goraco, a niedziela to juz w ogole byla piekna. No i frekwencja dopisala w zwiazku z tym. Bylo mase ludzi, niektorych widzialam po raz pierwszy… Mielismy grilla i rozstawilismy sie obok placu zabaw, bo bylo w grupie sporo dzieciakow. To byl bardzo udany towarzysko dzien :) Max tez sie dobrze bawil, caly dzien na placu zabaw… Zrobilam kilka zdjec:

Nastepny piknik, a w zasadzie caly kiermasz, w najblizsza niedziele, w centrum miasta – doroczna impreza "Polish Christmas w Darling Harbour". Znowu spotkam sie z cala masa polskich znajomych :) Jak co roku…
Wczoraj natomiast mialam urodziny i musze przyznac, ze wszystkie moje srodki komunikacji ze swiatem zostaly zalane fala serdecznych zyczen, tak wielka, jak chyba nigdy dotad… Bardzo wszystkim dziekuje :) Pozytywne wibracje radosnie rozeszly mi sie po mieszkaniu. W pracy tez fajnie, bo dostalam bukiet slonecznikow, a kolezanka upiekla specjalnie z tej okazji ciasto. Bardzo milo! W prezencie kupilam sobie kupon lotto ;) Zaplacilam 11 dolarow, a wygralam 15.75 – czyli do przodu…
A oto moje sloneczniki:
Iza
|
|